Jak w tytule - z reklamacją do tepsy. Nie po raz pierwszy cholerna przybudówka france telecom nie wywiązuje się w pełni z umowy. Złożyłem reklamacje i czekam. Zobaczymy..
Powolnego wdrażania ciąg dalszy. Trochę wertepów, błota i asfaltu. Znaczy miszmasz:>
Nie padało, temperatura rzędu 11-12 stopni, lekki, acz dość zimny, wiatr. Całkiem sympatycznie, choć mogłoby być ciut cieplej. Tak z 15 stopni.
Kondycja cały czas taka sobie, za wcześnie na regularne jeżdżenie do roboty. Przejechanie choćby kilometra równym, wysokim tempem męczy. Dużo pracy przede mną.
Czym ja się właściwie podniecam. Mały dystans, kiepskie tempo, kondycja nie ta. Więc w czym rzecz?
Ponad półroczna przerwa w jeżdżeniu musiała odbić się na kondycji. Jesienne zapalenie krtani wyłączyło mnie na całą zimę. Ledwo zrobiło się cieplej dopadła mnie angina oraz uszkodzenie przyczepów mięśniowych w nodze. Lewej...
Dzisiejsza przejażdżka to był test, czy ja i moja noga w szczególności wytrzymamy. Chyba zaliczony:> Choć wiadomo, na żadne mocniejsze dociśnięcie pozwolić sobie nie mogłem. Będzie dobrze, chyba:P
Dopóki było coś widać, dawałem po lesie. Kilka fajnych zjazdów, czasem rower bokiem postawiło, czasem jakiś poślizg był - czyli to, do czego służy rower:>
Później jeszcze rundka po Ursynowie. Czuło się, że zbliża się zmiana pogody. Duło nieźle. Już w nocy ma zacząć lać. A tego tygrysy nie lubią...
Z przyczyn różnych i róznistych miesiąc przerwy w jeździe. Dziś było krótko ale dość intensywnie - stała runda po Ursynowie. No i w płucach to poczułem. Ale jest ok.
W ostatnich przejażdżkach średnia i dystansu, i prędkości jest taka sobie. Ale nie to jest najważniejsze a frajda z jazdy. Zwłaszcza z odcinków w terenie. Można się wyszaleć, zmęczyć, pokombinować z trasą. A do tego "łyknąć" sporo słońca.
Las to naprawdę niebezpieczne miejsce. Na moich oczach, jakieś 10 metrów przede mną rozpędzona i spanikowana sarna staranowała rowerzystę. Żeby nie było, rowerzysta jechał leśną ścieżką, po której jechać mu było wolno się przemieszczać, natomiast zwierzak uciekał przed psem na terenie czyjejś posesji. Skok przez płot i zderzenie z rowerzystą. Wierzcie lub nie, wyglądało groźnie. Na szczęście prawdopodobnie bez negatywnych konsekwencji po obu stronach. Po wszystkim jedyne co wydukałem to "ja pierdziele"...
Aha, zaoferowałem pomoc gościowi ale podziękował - nic mu się nie stało, musiał tylko nastawić kierownicę.
Poza tym, fajna pętla po lesie. Ścieżki, które znam i lubię. Trochę singletracków, gałęzie chlaszczące po nogach i rękach. Wróciłem nieźle poparzony przez pokrzywy. Do tego naprawdę zmachany. Tylko nie wiem, czy bardziej zmęczone mam nogi, czy ręce.
Przed jazdą wysmarowałem się jakimś świństwem przeciw wszelkiemu latającemu robactwu. Wydaje się, że nawet działa. Jakoś nic specjalnie gryźć mnie nie chciało. Do tego bardzo przyjemna temperatura, trochę powyżej 20 stopni. Jedynym problemem było słońce, co chwila oślepiające zza gałęzi.
Jeszcze jedno spostrzeżenie. Jazda bez określonego celu działa czasem demotywująco. W trakcie te wątpliwości znikają, jest droga, trzeba się mocno trzymać i uważać na drzewa, gałęzie i korzenie ale... początki bywają takie sobie. Jak się jedzie do pracy, z jednej strony trasa znana, nic specjalnie nie zaskoczy, z drugiej jednak presja czasu zmusza do określonego wysiłku i jakiejś, choć minimalnej, dyscypliny.
Uchachany wracam do domu, wnoszę rower i widzę, że w trakcie jazdy tylny błotnik powiedział papa... No żesz kurwa, tego nie było w planach. Inna sprawa, że zapędziłem się na takie ścieżki, iż wymiękłem. Zamiast jazdy (i tak na mięciutkim przełożeniu) było prowadzenie roweru. Wszystko to byłoby pikuś, gdyby nie ten błotnik... 70 pln w plecy:/